Krótkowzroczność organizacji prozwierzęcych czasami mnie przeraża. Nie jestem ich wrogiem. Mają prawo do swoich działań. W końcu są to działania, których baza jest oparta na znakomitych założeniach. Czasem jednak nie wychodzi. Przykład? Pani zdobywa dzikiego kota. Biedak nie jest zdrowy, ma tak zwany koci katar. Od kilku tygodni ponoć go leczy z marnym skutkiem, w końcu dzwoni do przychodni, opowiada swą urzekająca historię i błaga o eutanazję, bo kot nie zdrowieje. Kocie szczęście, specjalnie dla Pani zostało zaprogramowane przez fundację kocioratunkową. Jako, że kot chciał koniecznie dać dyla( czemu nie należy się dziwić, wszak dzikusek) priorytetem stało się zamknięcie kota w metalowej klatce. Oczywiście dla dobra samego zainteresowanego. Chyba głąb z niego, bo nie zrozumiał zacnej intencji. Końca historii nie znam, bo opowiedziana była za pomocą łącza TPSA, a w przypadku choroby uleczalnej zadanie śmierci na życzenie raczej jest mało etyczne. Ale nie o tym chciałem opowiedzieć.

Dzisiaj w poczekalni zrobił się mały raban. Hałas, krzyki na psa i nagle cisza. W poczekalni człowiek z dużym kundlem. Zapraszam. Zapach taniego alkoholu unosi się w powietrzu. Mężczyzna siada, z kieszeni kurtki mamrocząc coś pod nosem wyjmuje pokaźny zwitek setek i rzuca na biurko. Zastanawiam się o co chodzi? Facet w końcu prosi o szczepienie. Kilka rutynowych pytań, badanie psa. Szczepię. W tym czasie ten nieświeży jegomość zaczyna opowiadać o swoich psach. Jest jeszcze jeden, ale właśnie uciekł.

Zawsze miałem psy, powiada. Poprzednie dwa zabrała mi żona po rozwodzie. Na te pozwoliła konkubina, bo wie, że nie mogę bez nich żyć. Jeden jest z rynku. Zaraz znajdzie tego drugiego, to z nim przyjdę i też odrobaczę oraz zaszczepię. Kocham te psy. Nauczył mnie tego tata. To zdanie padło kilkukrotnie.

Facet się rozgadał. Mówił bardzo piękną polszczyzną. Przegadaliśmy dobre pół godziny. Dowiedziałem się, jak go psy witały, gdy odbierał je ze schroniska. Trafiły tam, gdyż zostały zabrane w momencie trafienia gościa do izby wytrzeźwień. Nie wstydził się tego. Widać dobrze wie jak jest. Psy niesamowicie przywiązane do swojego opiekuna. Patrzące weń jak w obraz. Żadnych oznak lęku, zero agresji. Duży gładki i mały kudłaty miziak-turysta, uciekinier. Ufne, nie miały nic przeciwko zaszczepieniu i podaniu środków przeciwrobaczych, nikt ich nie trzymał. Przez cały czas badania stały i patrzyły na opiekuna.

Smycz dla turysty w przychodni się znalazła, a ja zastanawiam się co tak naprawdę jest dobre dla naszych podopiecznych. Które z tych zwierząt jest szczęśliwe i zadowolone z własnego bytu? Kot? Może raczej dwa kundelki otoczone opieką pijącego człowieka? Które z tych zwierząt ma zapewniony byt zgodny z jego naturą? Czy czasem zanim chcemy udzielić pomocy zwierzęciu odbierając je opiekunowi, a raczej odbierając mu opiekuna nie powinniśmy pomyśleć i przeanalizować sytuacji? Czy łowiąc dzikiego, nawet chorego kota i zamykając go w klatce by nie uciekł nie robimy mu krzywdy?

Bądźmy zatem myślący i rozsądni, bo to czyni nas ludźmi.

Podziel się na:
  • email
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • Tumblr